avatar

Info

Jestem Mariusz z Częstochowy. Od 13 września 2010 r przejechałem 28304.84 kilometrów, głównie po asfalcie (dlatego tylko 2812.06 w terenie). Jeżdżę z prędkością średnią 17.56 km/h.
Więcej o mnie. button stats bikestats.pl 2026 button stats bizkestats.pl 2025 button stats bizkestats.pl 2024 button stats bizkestats.pl 2023 button stats bizkestats.pl 2022 button stats bizkestats.pl 2021 button stats bizkestats.pl 2020 button stats bizkestats.pl 2019 button stats bizkestats.pl 2018 button stats bikestats.pl 2017 button stats bikestats.pl 2016 button stats bikestats.pl 2015 button stats bikestats.pl 2014 button stats bikestats.pl 2013 button stats bikestats.pl 2012 button stats bikestats.pl 2011 button stats bikestats.pl 2010

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy markon.bikestats.pl

Archiwum bloga

Wpisy archiwalne w kategorii

Wyprawy

Dystans całkowity:7164.69 km (w terenie 1326.40 km; 18.51%)
Czas w ruchu:430:16
Średnia prędkość:16.65 km/h
Maksymalna prędkość:73.70 km/h
Suma podjazdów:11782 m
Maks. tętno maksymalne:162 (88 %)
Maks. tętno średnie:106 (57 %)
Suma kalorii:20096 kcal
Liczba aktywności:103
Średnio na aktywność:69.56 km i 4h 10m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
50.71 km 03:23 h
14.99 km/h:
Maks. pr.:40.50 km/h

Rodzinne Wybrzeże - dzień II

Wtorek, 23 maja 2017 · dodano: 12.07.2017 | Komentarze 0

Poranek powitał nas słońcem.
W ogóle podczas całego wyjazdu pogoda nas bardzo przyjemnie zaskoczyła. Przeglądając przed wyjazdem prognozy, nastawiałem się, że któregoś dnia deszcz nas dopadnie. W całym tygodniu zaznaczone był jeden, dwa dni bez deszczu, w zależności który fragment Wybrzeża badałem. Możliwe, że padało, ale nigdy na nas. Widocznie deszcz przychodził po naszym wyjeździe, a kończył się przed przyjazdem w nowe miejsce. Do tego codziennie wiał chłodny, dość mocny wiatr - zawsze w plecy.
Ale wracając do wtorkowego poranka. Poprzedniego dnia zrobiliśmy małe zakupy... Do sklepu weszli Michał z Waldkiem i gdy wyszli z wypchanymi dwiema sakwami i workiem spytałem, czy chcą zaprowiantować kompanię wojska. Później ten tekst mi się czkawką odbił, bo okazało się, że jesteśmy w stanie w sześcioro kompanię wojska zastąpić (nie... nie zamierzamy ubiegać się o wstąpienie do WOT). Grill wieczorem, dyskusje przy drinku, poranne śniadanie... I wciągnęliśmy całe zakupy. Zjedliśmy wszystko mimo, że lodówka zrobiła nam psikusa i wszystkie produkty były rano zmrożone na kość. Mrożone pomidorki koktajlowe zrobiły furorę ;c).
Po śniadaniu na rowery i w drogę!
Najpierw dobiliśmy do nadmorskiego duktu biegnącego wzdłuż pasa wydm, który poprowadził nas mierzeją pomiędzy morzem a Jeziorem Kopań. Droga pięknie nas prowadziła przez Wicie do Jarosławca. Tam ja miałem ochotę zagadnąć, czy by nas wartownik nie przepuścił przez teren jednostki wojskowej, ale jakoś tak szybko przemknęliśmy obok bramy, że nie zdążyłem pomarudzić na ten temat współtowarzyszom wyprawy. Zaczęliśmy objeżdżać sobie powolutku Jezioro Wicko i w ten sposób oddaliliśmy się trochę od brzegu morza. Droga była bardzo przyjemna, w którymś momencie przeszła gładko w pas lotniska rezerwowego. Bardzo częstym widokiem były rozciągające się po horyzont żółte pola rzepaku, z wyrastającymi co rusz smukłymi wieżami wiatraków. Jechaliśmy przez Łącko, Królewo, Złakowo, Duninowo, aby w doskonałych humorach dotrzeć do Ustki. W Ustce musieliśmy poczekać chwilę na otwarcie kładki obrotowej nad kanałem portowym, ale czas ten wykorzystaliśmy na kawę i ciacho, a także na przepyszną rybkę "z masełkiem czosnkowym! jedyną taką!". Siedząc przy kawie skorzystaliśmy z dobrodziejstw Internetu znaleźliśmy nocleg w domku z "pokojami gościnnymi". Rowery mogliśmy schować w garażu, w pokojach były łazienki, a w jednym z nich kuchnia, do tego przeszklony "ogród zimowy", w którym siedzieliśmy po kolacji do późnej nocy. To był bardzo udany dzień.


Dane wyjazdu:
35.78 km 02:50 h
12.63 km/h:
Maks. pr.:28.27 km/h

Rodzinne Wybrzeże - dzień I

Poniedziałek, 22 maja 2017 · dodano: 12.07.2017 | Komentarze 0

I udało się!
Po zeszłorocznym powrocie z Wybrzeża, podczas niemal każdego spotkania pojawiał się temat kontynuowania naszej Wyprawy Wybrzeżem. W zeszłym roku pożegnaliśmy się z morzem w Dąbkach i przez Darłowo wróciliśmy na pociąg do Sławna. W tym roku plan zakładał start z Darłowa i przejechanie Wybrzeżem na Hel, spłynięcie do Gdańska i powrót pociągiem do domu.
Z nabytym w zeszłym roku doświadczeniem planowanie punktu startowego i końcowego zaczęliśmy od gruntownej analizy połączeń kolejowych. W końcu zapadła decyzja - startujemy pociągiem nad ranem w poniedziałek, dojeżdżamy w okolice Sławna. Powrót w nocy z soboty na niedzielę z Gdańska. Bilety kupiliśmy miesiąc wcześniej. Tym razem udało nam się zdobyć bilety na wszystkie rowery, więc mieliśmy nadzieję (SPEŁNIONĄ!), że obejdzie się bez stresów w pociągu.
Spod bloku mnie i Anię zgarnęli Michał z Olą, na dworcu dołączyliśmy do czekających już Waldka z Wiolą. Nadjechał pociąg i zaczęła się nasza przygoda.
W pociągu obowiązkowa buła z kotletem schabowym i ciut-ciut specyfiku "na dobry sen". Mieliśmy jedną przesiadkę - w Stargardzie. Bez problemu przerzuciliśmy rowery z sakwami do dużego przedziału bagażowego i pojechaliśmy dalej. Szybki rzut oka na mapę przyczynił się do skrócenia naszej podróży pociągiem. Zamiast jechać do Sławna, wysiedliśmy w Wiekowie. Wysiadając z pociągu mieliśmy jedyną kolejową perypetię - peron stanowiła wysypka żwirowa na poziomie torów, a do tego drzwi od wagonu otwierały się na 3 sekundy, systematycznie próbując zmiażdżyć wszystko, co akurat było w ich przejściu. Zanim jeden rower został podany na "peron", trzykrotnie sprzęt lub rowerzysta zaliczał kontakt z zamykającymi się co rusz drzwiami. W końcu okazało się, że pomocny jest przycisk otwierania "dla inwalidów", ale przecież na początku naszej wyprawy absolutnie się do takich nie zaliczaliśmy. Nic tak nie cieszy, jak ludzka krzywda - humory poprawił nam nieco widok pociągu, który stał na stacji dłużej niż w planie, aż drzwi nadwyrężone walką z naszymi rowerami złapią oddech i dadzą się w końcu zamknąć.
Tego dnia nie mieliśmy w planie połykać kilometrów. Dojechaliśmy do Darłowa, weszliśmy na falochron, aby powitać się z Morzem. Zrobiliśmy kilka zdjęć, telefony do dzieciaków, że rodzice żyją i zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem - pedałowanie miało rozpocząć się następnego dnia.
Znaleźliśmy przeuroczą miejscówkę - dwa domki kempingowe z dostępem do basenu i grilla. Basen był miły dla oka, ale nie zdecydowaliśmy się wejść do wody. Szybki prysznic, coś na ząb i trzykilometrowy spacer na plażę, gdzie udało nam się zobaczyć zachodzące słońce.

Tak więc do dystansu tego dnia należałoby doliczyć 7 km, które pokonaliśmy per pedes ;c).


Dane wyjazdu:
77.00 km 05:00 h
15.40 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h

Rodzinne Wybrzeże - dzień V i epilog

Środa, 22 czerwca 2016 · dodano: 27.07.2016 | Komentarze 1

Poranek w Mielnie słoneczny. Wsiadamy na rowery i ruszamy w ostatni etap naszej wycieczki. Postanowiliśmy pożegnać się z Morzem w Dąbkach i zjechać na nocleg do Sławna, skąd mieliśmy następnego dnia rano pociągi w stronę Częstochowy. Skwar był niemiłosierny. Z Mielna do Łaz dojechaliśmy spokojnie, ale dodatkowo daliśmy sobie w kość próbując zapuścić się z rowerami na mierzeję oddzielającą morze od jeziora pomiędzy Łazami a Dąbkowicami. Szlak wytyczony za pasem wydm jest piaszczysty i nie da się nim rowerów nawet prowadzić. Spróbowaliśmy plażą, ale na tym odcinku jest ona dość "stroma" i woda nie ma szans utwardzić powierzchni. Dlatego zrezygnowani przeciągnęliśmy rowery z powrotem na szosę i zrobiliśmy objazd przez Osiek. Przez nieuwagę przegapiłem zjazd na Rzepkowo, więc nasz objazd wydłużył się aż po Suchą Koszalińską. Zmęczeni, głównie tym przepychaniem rowerów po piachach, dotarliśmy w końcu do Dąbek. Zjedliśmy obiad, pożegnaliśmy Morze i ruszyliśmy w ostatni etap naszej rowerowej trasy - w stronę Sławna. Wszyscy byli już zmęczeni, a jednocześnie chęć jak najszybszego dotarcia na kwaterę spowodowała, że jechaliśmy naprawdę szybko. Raz odebrałem telefon - dzwoniła Przyjaciółka mojej Żony. Gdy chciałem jej podać słuchawkę, powiedziała: jak teraz się zatrzymam, to już nie będzie mi się chciało wsiąść na rower - tak więc cisnęliśmy dalej, by w końcu dotrzeć do Sławna. To był najdłuższy etap, liczył ponad 70 km.
Nocleg nie był tak komfortowy, jak na wybrzeżu, ale i tak przywitaliśmy z radością. Mnie czekał jeszcze wieczorny spacer do Tesco. Zakupiłem prowiant na kolację i coś zamiast szampana, byśmy mogli uświęcić finał naszej wycieczki. Po drodze sprawdziłem szczegóły dotyczące powrotu.
Wracaliśmy osobnymi pociągami, gdyż nie chcieliśmy ryzykować utarczek z załogą konduktorską. W ten sposób ja z Anią dotarliśmy do Częstochowy przez Warszawę, a Michały z Waldkami przez Wrocław.
Przykro było żegnać się na peronie, ale cieszyła deklaracja naszych Koleżanek-Małżonek: ZA ROK JEDZIEMY DALEJ!!!


A tutaj zapis całej trasy - Rodzinne Wybrzeże 2016




Dane wyjazdu:
41.20 km 03:09 h
13.08 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h

Rodzinne Wybrzeże - dzień IV

Wtorek, 21 czerwca 2016 · dodano: 27.07.2016 | Komentarze 0

Poranek powitał nas deszczem. W sumie, to powstał nawet pomysł, by odpuścić pedałowanie tego dnia. Miejscówka była bardzo komfortowa, nie mieliśmy "sztywnego" planu zwiedzania. Ale k. 11.00 deszcz ustał i ktoś... nie wiem kto... rzucił - koniec zabawy, pampersy na dupy. I ruszyliśmy dalej. To była bardzo dobra decyzja. Deszcz przestał padać, upał nie doskwierał, jeśli chodzi o pogodę - rowerowo wymarzona. Do tego dotarliśmy do najlepiej przygotowanego odcinka trasy. Przed Kołobrzegiem zaczyna się ścieżka rowerowa, która biegnie aż za Ustronie Morskie. Po drodze sentymentalna chwila przy bramie ośrodka  w Sianożętach gdzie poznałem moją Koleżankę-Obecną-Małżonkę. Kto by przypuszczał, że ciężkie wspólnie spełnione lata uświetnimy ciężko wspólnie wykręconymi kilometrami ;c).
Potem leśnym duktem w stronę Gąsek... Sarbinowo - miejsce, gdzie wypadek Waldka przerwał któryś z etapów naszej Wyprawy Dookoła Polski... i tak dotarliśmy do Mielna, gdzie postanowiliśmy zorganizować nocleg. Ruszając mieliśmy w planie pojechać trochę dalej, ale tego dnia Polacy grali mecz z Ukrainą i baliśmy się, że możemy nie zdążyć zorganizować "strefy kibica". W Mielnie trochę nam zeszło z szukaniem kwatery, ale w końcu Oli udało się uwieść głosem właściciela przytulnych domków kempingowych i znowu mieliśmy farta. Zamiast obskurnego zajazdu, kwaterka w dobrze wyposażonych domkach.
Mecz poszliśmy obejrzeć do lokalu. Zamówiliśmy kolację, zajęliśmy najwygodniejszy stolik i spędziliśmy ponad 2 godziny euforycznie kibicując naszym. Zestawienie wieczoru: Polska-Ukraina 1:0, pizza na głowę, kilka piw, kilkanaście "wściekłych psów" i jedno połamane krzesło. Po meczu poszliśmy na plażę. Oczekując na zachód słońca na falochronie, pozdrawialiśmy kibiców którzy podekscytowani komentowali wygrany mecz.


Dane wyjazdu:
46.30 km 03:33 h
13.04 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h

Rodzinne Wybrzeże - dzień III

Poniedziałek, 20 czerwca 2016 · dodano: 27.07.2016 | Komentarze 0

Poranek prześliczny. Śniadanie pyszne. Rowery... nieukradzione. Czegóż chcieć więcej? Ruszyliśmy w kolejny etap naszej wyprawy. Szło tak raźno, że niemal ominęliśmy Trzęsacz. Dopiero przekreślona tablica z nazwą miejscowości kazała nam wjechać na klif. Kilka fotek w tym charakterystycznym miejscu i kawałek przejazdu ścieżką szczytem klifu - bardzo malowniczy fragment trasy. Następny przystanek - latarnia w Niechorzu. Upał coraz bardziej daje w kość, ale nie dajemy się. Zapas płynów uzupełniony. Urozmaiceniem był specyfik przygotowany przez ucznia Panoramixa - Waldefixa.
Przez Niechorze przejechaliśmy sprawnie, przeskoczyliśmy do Pogorzelicy. Przypomniały nam się poprzednie wakacje, gdy właśnie do Pogorzelicy przyjechaliśmy na dwa dni by zrobić niespodziankę Dzieciakom.
Za Pogorzelicą przelot przez las i wjazd na słynną drogę wzdłuż poligonu. Trochę wywiodłem na manowce Michała, który zaufał mojej nawigacji - a nie,jak Waldek, zdrowemu rozsądkowi - przez co prowadzić musieliśmy rowery po wertepach jakieś 100 m. A co do Słynnej drogi - biegnie ona pomiędzy Pogorzelicą a Mrzeżynem, pomiędzy pasem wydm a dawnym poligonem. Namalowano na niej znaki "droga rowerowa", ale dla osób wypożyczających rowery jest to spora wyprawa, dla pieszych tym bardziej... a dzięki temu. Na całej długości tej drogi jest "dzika plaża". Gdy wyszliśmy na skarpę gdzieś w połowie tego kilkunastu-kilometrowego odcinka, oczom naszym ukazał się las... Nie... no żartuję :-D. W promieniu kilku kilometrów nikogo, piasek ubity wiatrem, bez śladu ludzkiej stopy. Poezja... Nie mogliśmy nie skorzystać z takiej okazji i zaliczyliśmy kąpiel w morzu. Spędziliśmy tam ze dwie godziny, zakłócone pojawieniem się pary Niemców, którzy pozazdrościli nam "miejscówki".
Tego dnia obiad zjedliśmy w Mrzeżynie - pyszne ryby wędzone. Niestety nie mam pamięci do nazw potraw, ale szczególnie przypadł nam do gustu jeden z gatunków polecany jako specjał - spróbuję sobie nazwę przypomnieć i dopiszę kiedyś.
Na nocleg dotarliśmy do Grzybowa. Zamówiliśmy przez booking bardzo wygodny domek. Na wyposażeniu był grill, więc kolację przygotowaliśmy sobie sami. Odpuściliśmy tym razem wycieczkę na plażę.


Dane wyjazdu:
59.60 km 04:47 h
12.46 km/h:
Maks. pr.:41.00 km/h

Rodzinne Wybrzeże - dzień II

Niedziela, 19 czerwca 2016 · dodano: 27.07.2016 | Komentarze 0

Poranek przywitał nas piękną pogodą. Zjedliśmy śniadanko, okulbaczyliśmy rowery i w drogę!. Najpierw pod latarnię - grzech być w Świnoujściu i jej nie zobaczyć, a później - R-10 w stronę Międzyzdrojów. Na tym odcinku szlak rowerowy jest kiepsko utrzymany i zdarzyła się konieczność podprowadzenia rowerów. Ale Waldek za mocno na mnie nie krzyczał, a warto było sprawdzić, czy od zeszłego razu coś się nie polepszyło. W Międzyzdrojach przegapiłem zjazd na "Aleję Gwiazd", ale wszyscy zgodnie oświadczyli, że nie przyjechali tu gwiazdorzyć, tylko kręcić. Za Międzyzdrojami wskoczyliśmy na drogę nr 102 ruszyliśmy dalej. Ponieważ droga obfituje tutaj w długie podjazdy nasz peleton z lekka się rozciągnął. Pedałowaliśmy sobie z Anią na końcu grupy. Jazda po szosie pnącej się stale do góry była trochę nużąca. Dlatego posłuchałem wskazań Garminka i w którymś momencie dałem tylko znak ekipie, że odbijamy w bok i spotkamy się w Międzywodziu. W ten sposób z Anią ominęliśmy łuk przez Kołczewo, w zamian rozkoszując się cieniem i widokami przejeżdżając przez środek Wolińskiego Parku Narodowego.
Już o tym wspominałem, ale dla osób planujących tego typu eskapady, obok nawigacji dostrojonej do "rowerowego szlaku" dobrze jest mieć ze sobą mapę papierową. Dzięki temu można kontrolować na bieżąco, czy nawigacja chcąc nam oszczędzić zatłoczonych dróg nie skieruje nas zbytnio na manowce. Czasami warto zawierzyć nawigacji (jak w przypadku Wolińskiego Parku Narodowego), a czasami posłuchać zdrowego rozsądku popartego spojrzeniem na mapę (jak przy przedzieraniu się ze Świnoujścia do Międzyzdrojów).
W Międzywodziu dogoniliśmy Przyjaciół w przydrożnym zajeździe, uzupełniliśmy płyny i podzieliliśmy się wrażeniami z naszego "skrótu" (trochę nam zazdroszczono).
Na postoju udało nam się na bookingu zarezerwować nocleg. Pojechaliśmy dalej już razem, skracając planowany etap podróży. Po przejechaniu przez most nad Dziwną, zatrzymaliśmy się na obiadek. Były pyszne wędzone na gorąco ryby. Dalej droga przebiegała znowu szosą, ale pogoda była piękna, humory dopisywały, a wizja wieczornego odpoczynku nakręcała nas bardzo pozytywnie. W Łukęcinie jeszcze raz zawierzyłem nawigacji i zamiast szosą, jak reszta grupy, do Pobierowa wjechaliśmy długą leśną aleją.
Nocleg  w Pobierowie był naprawdę "wypasiony". Dzięki bookngowi zamówiliśmy spanie w bardzo eleganckim pensjonacie. Jedyny mankament - brak możliwości garażowania rowerów. Spięliśmy je ze sobą i postawiliśmy pod okapem - było to wystarczające zabezpieczenie, o czym przekonaliśmy się następnego ranka szykując się do dalszej drogi.
A wieczorem kolacyjka - grillowane potrawy - i zachód słońca na plaży (nawet rozpaliliśmy mikro-ognisko) ;c).


Dane wyjazdu:
18.10 km 01:34 h
11.55 km/h:
Maks. pr.:20.40 km/h

Rodzinne Wybrzeże - Prolog i dzień I

Sobota, 18 czerwca 2016 · dodano: 27.07.2016 | Komentarze 2

No i nadszedł w końcu ten dzień...
Od kilku lat razem z Waldkiem realizujemy nasz plan objechania Polski dookoła. Zaczęliśmy we dwóch, ale w miarę jak o naszym przedsięwzięciu dowiadywały się kolejne osoby, nasz peleton rósł. Ostatni etap zakończyliśmy w Zamościu, planując kontynuować go w tym roku. Nie udało nam się jednak zrealizować planu w związku z rodzinnym wypadem do Szwecji. Tak więc - powód był na tyle atrakcyjny, by nie ronić łez z powodu "poślizgu". Ale... W ostatnim etapie, obok mnie, Waldka i rowerzystów z Częstochowskiego Forum Rowerowego jechał także mój przyjaciel Michał. I gdy tak sobie kręciliśmy, nasze Małżonki - Ania, Wiola i Ola- miały sporo czasu na rozmowy i przemyślenia na temat naszej eskapady. Jaki tego efekt? Pozazdrościły! Przy którejś z imprez nawiązała się dyskusja - wprawdzie wyprawę dookoła Polski trzeba zawiesić na rok, ale na pewno zrekompensuje nam to wspólny rodzinno/przyjacielski wypad z rowerami nad morze?
I zaczęło się szybkie przygotowanie - Waldek zajął się opracowaniem planu wyprawy i... i jeszcze czymś, Michał zajął się... jeszcze czymś, a ja zorganizowałem bilety. Ech... z biletami to jazda była straszna, bo się okazuje, że można kupić jedynie 4 bilety na rower (choć miejsc do ich przewozu jest więcej) i zabranie większej ilości maszyn zależy od humoru kierownika pociągu. Wobec braku alternatywy w stronę Świnoujścia wykupiliśmy bilety na 4 rowery, licząc na życzliwość konduktorów, a z powrotem, żeby nie ryzykować problemów, podzieliliśmy ekipę i zaplanowaliśmy powrót dwoma pociągami.
Ponieważ nie chcieliśmy na sztywno zakładać ile uda nam się przejechać kilometrów, zamówiliśmy tylko pierwszy nocleg w Świnoujściu. Na powrotną drogę wybraliśmy pociągi, które jadą wzdłuż wybrzeża i kupiliśmy bilety tak, by móc wsiąść w dowolnym miejscu pomiędzy Kołobrzegiem a Lęborkiem. Okazało się, że wracaliśmy ze Sławna. Ale... ja tu o powrocie, a to dopiero pierwszy dzień!
Pogoda była cudowna. Spotkaliśmy się na dworcu w piątek popołudniu. Było bardzo wesoło dopóki nie okazało się, że zapomnieliśmy z domu jednego z biletów. Na szczęście rodzinne wyprawy mają to do siebie, że nie tylko uczestnicy są zaangażowani w nie uczuciowo, ale także ich dzieci, rodzice, teściowie... bilety dotarły na czas - tym bardziej, że pociąg miał 50 minut opóźnienia.
Przy ładowaniu do pociągu chyba jedyny w całej wyprawie stres. Konduktor miał nerwy na cały świat i postanowił nas nie wpuścić do pociągu bez biletu na te dwa dodatkowe rowery. Gdy mimo wszystko zaczęliśmy się pakować wspomniał coś o dopłacie po 120 zł za sztukę. Brakło mu argumentów, gdy przytaknęliśmy, że jak nie będzie innej możliwości, to zapłacimy. Później dostał nerwów, bo nie mógł się połapać w zawiłościach wpisów na blankietach. Udobruchałem go chyba trochę pomagając w jego ciężkiej pracy i pokazując palcem która cyferka do którego roweru, która ulga do której osoby i tak czułem, jak mu napięcie opadać. Żeby utrzymać sztywną pozę, stwierdził, że rowery nie mogą stać w innym miejscu, jak do tego przeznaczone i poszedł gdzieś na moment. Żeby wybić mu wszystkie argumenty, powiesiliśmy po prostu dwa rowery na jednym haku i udało nam się upchnąć 6 sztuk na 4 przeznaczonych dla rowerów miejscach. O dziwo konduktor przyszedł za chwilę i powiedział, że przygotował nam miejsca na jeszcze dwa rowery - widocznie chłop miał gorszy dzień a nasza determinacja go rozczuliła. Podziękowaliśmy grzecznie i usiedliśmy cicho, żeby nie jątrzyć sytuacji. Z tego wszystkiego nie skasował nas zupełnie za te dwa rowery. Dalej podróż do Warszawy przebiegła bezstresowo. Troszeczkę stres rozluźniony został przez specyfik, którego recepturę opracowaliśmy podczas etapu wzdłuż wschodniej granicy polski, a którego jednym ze składników (nie-najważniejszym) jest cola.
W Warszawie godzinka czekania, uzupełnienie zapasów i w kolejny pociąg. Tym razem już bez stresów - konduktor chętnie bilet wypisał na dwa dodatkowe rowery. Nie dziwię się, że chętnie - do każdego w cenie 9 doliczył 20 zł za wypisanie 8-O.
Ale dojechaliśmy! Poranek w Świnoujściu powitał nas słońcem. Szybka przeprawa promem i na powitanie z morzem. Po drodze kupiliśmy wędzone rybki i inne rzeczy niezbędne do przygotowania pysznego śniadania na plaży. Ten dzień był bardzo spokojny. Gdy już mogliśmy zrzucić bagaże w domku, szybka toaleta i znowu na miasto. Pojeździliśmy trochę po Świnoujściu, odwiedziliśmy Ahlbeck. Wieczorem siedliśmy przy stole planując kolejny dzień. Następnego dnia miała się zacząć nasz rodzinna wyprawa wzdłuż Wybrzeża.


Dane wyjazdu:
126.76 km 07:47 h
16.29 km/h:
Maks. pr.:66.90 km/h

Wzdłuż wschodniej granicy - dzień V

Sobota, 6 czerwca 2015 · dodano: 28.07.2015 | Komentarze 1

Ostatniego dnia naszej wyprawy poranek powitał nas słońcem. Zjedliśmy śniadanie, ostatnia fotka na kempingu i ruszyliśmy w trasę. Zaraz na starcie pozwoliliśmy sobie na krótką przerwę - zwiedziliśmy miejsce kaźni w Sobiborze. Po samym obozie niewiele pozostało, ale tablice z opisami i fotografiami dawały możliwość wyobrazić sobie klimat sprzed pół wieku. Po półgodzinnym spacerze wskoczyliśmy na rowery i w drogę - w stronę Zamościa.
Tego dnia znowu był upał. Teren zrobił się pofalowany, podjazdy stawały się coraz bardziej strome, a zjazdy coraz szybsze. W porze obiadowej dojechaliśmy do Chełma. Tutaj nasz peleton się podzielił - Michał z Maćkiem wzięli na siebie trudy związane z logistyką i ostatni odcinek drogi podjechali pociągiem, by przygotować nam miejsce do krótkiego wypoczynku w Zamościu.
Nasza pozostała szóstka nie ociągając się zaczęła pedałować w stronę Zamościa. To był bardzo trudny etap. Długie i strome podjazdy przeplatane szaleńczymi zjazdami. Na jednym z nich mój wypakowany do granic możliwości rower zbliżył się do  prędkości - może nie światła, ale - przynajmniej światełka.
Trudy tego dnia skłoniły nas do dyskusji na temat przyszłorocznej wyprawy. Im dalej na południe, odcinki oscylujące w okolicach 100 km dziennie stają się zbyt forsowne (a właściwie zbyt czasochłonne). Razem z Waldkiem zastanawialiśmy się ile powinien liczyć dzienny etap, gdybyśmy kontynuowali podróż na południe - a tam przed nami Bieszczady. Jeśli chciałoby się cokolwiek po drodze zwiedzić i dojechać na kwaterę przed nocą, wypadałoby skrócić etapy do 70 km. Przecież poza pedałowaniem chciałoby się też nacieszyć towarzystwem i urokami okolicy. Temat do dyskusji przy zimowych wieczorach z kieliszeczkami w dłoniach. 
A tymczasem udało nam się pokonać ostatnie górki i zjechać do Zamościa.
Zamość pamiętałem z czasów szkolnych - byłem tam na obozie sportowym. Rynek zapamiętałem jako jeden z piękniejszych w Polsce. Faktycznie - jest uroczy, ale niestety... W dniu naszego wieczornego wjazdu do Zamościa był tam jakiś festyn i wrażenie psuły średniej urody stragany. Natomiast z wielkim apetytem wciągnęliśmy kolację i wypiliśmy po zasłużonym piwku.
Chłopakom udało się zarezerwować nocleg w domkach niemal w centrum miasta. Nie mieliśmy za dużo czasu na sen - o 4 pobudka i trzeba było gonić na pociąg. Podróż powrotna do Częstochowy była spokojniejsza niż nasz przejazd do Ełku. Mieliśmy w nogach setki kilometrów (a Jacek to ponad 1000!) i dał o sobie znać niedobór snu. Nieocenione okazały się karimaty, które rozłożone pod rowerami dawały większy komfort, niż nowoczesne fotele wagonów InterCity.
Wczesnym popołudniem dojechaliśmy w końcu do Częstochowy i na dworcu na Stradomiu zrobiliśmy pożegnalną "foczkę".
Super wyprawa we wspaniałym towarzystwie. Już nie mogę się doczekać kolejnego etapu. No... chyba, że nasze zimowe dyskusje przy kieliszku wprowadzą jakieś zmiany w formule wyprawy ;c).
Agnieszko, Waldku, Michale, Maćku, Robercie, Wojtku, Jacku - do następnego razu!


Dane wyjazdu:
110.25 km 05:32 h
19.92 km/h:
Maks. pr.:43.78 km/h

Wschodnia granica - dzień IV

Piątek, 5 czerwca 2015 · dodano: 19.07.2015 | Komentarze 1

Powoli dociera do mnie, że lepiej opis wyprawy pisać "na gorąco", tuż po powrocie. Powoli zaciera się w pamięci chronologia trasy. Na pewno było ciepło, na pewno było fajnie. Na pewno w Janowie Podlaskim udało mi się dopompować koło po wymianie opony i wyciągnąć z bankomatu pieniądze. Po każdej tego typu przerwie trzeba było raźniej nacisnąć na pedała, żeby dogonić peleton, który spokojnym tempem, ale konsekwentnie jechał przed siebie. Czasami dzieliliśmy się na mniejsze grupki - w ten sposób Agnieszka i Jacek nie obejrzeli Cerkwi w Kodoniu - nawigacja podpowiedziała mi skrót i wyprzedziliśmy ściganą grupkę, która pojechała główna drogą. W ten sposób- oni obejrzeli cerkiew, a my - poczekaliśmy na nich kilka minut ciesząc się że tym razem nie jesteśmy na końcu. W ogóle podczas tej eskapady nie było szans za dużo pozwiedzać. Okazało się, że w terenie, jaki oferuje rowerzystom wschodnia Polska, rozsądniej byłoby podzielić trasę na krótsze odcinki - do 70 km dziennie. U nas każdy liczył ponad 100 km i dojeżdżając na miejsce noclegowe mimo, że dni są w czerwcu długie, kolację jedliśmy już po zmroku.
Tym razem nocleg mieliśmy ustalony w miejscowości Okuninka. Zupełnie inny klimat niż dotychczas. Poczuliśmy się niczym w nadmorskim "kurorcie". Długa ulica pełna lokali i dyskotek, tłum pijanej młodzieży i... jeden sklep. Całe szczęście jedzenie na kolacje kupiliśmy we Włodawie. Liczyliśmy, że na miejscu rozpalimy ognisko, lub uda nam się zorganizować grill. Kemping był... do przezycia. Domki z lat 70-ych i kuchenką i łazienką. Luksusy nam wszak niepotrzebne. Udało nam się zamknąć rowery w osobnym pomieszczeniu, więc nie musieliśmy tłoczyć się z nimi w kempingach. Po perypetiach związanych z organizacją węgla i grilla udało nam się w końcu zjeść kolację, unikając pokusy pójścia "w miasto". Pośpiewaliśmy trochę przy grillu i do łóżek. I dobrze, że poszliśmy spać. Gdybyśmy wiedzieli jak ciężki etap czeka nas ostatniego dnia, poszlibyśmy spać z godzinę wcześniej ;c).


Dane wyjazdu:
113.73 km 05:49 h
19.55 km/h:
Maks. pr.:44.60 km/h

Wschodnia granica Polski - dzień III

Czwartek, 4 czerwca 2015 · dodano: 19.07.2015 | Komentarze 1

Nie udało nam się zwiedzić Białowieży. Rano zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy bez zwłoki w stronę Hajnówki. Droga od Białowieży do Hajnówki jest przeurocza. Nasz peleton raźnie pedałował i humory nam dopisywały. W Hajnówce zatrzymaliśmy się na chwilę, gdyż musiałem dopełnić rodzinnych obowiązków - obdzwoniłem rodzinkę mojej żony, której ojciec pochodził właśnie z Hajnówki. Odpuściliśmy odwiedziny, bo znając ich gościnność musielibyśmy zostać do niedzieli. Wyjechaliśmy z Hajnówki i pomknęliśmy w stronę Kleszczeli. Pomknęliśmy to dobre słowo - od Hajnówki do Kleszczeli prowadzi asfaltowa ścieżka rowerowa biegnąca wzdłuż drogi. Akurat na tym odcinku nie ma żadnych atrakcji, więc fajnie, że mogliśmy poprawić trochę średnią prędkość.
Tym razem pamiętaliśmy, że ciężko w tych stronach o posiłek, więc gdy tylko trafiliśmy na restaurację, zamówiliśmy obiadek. Nie wszyscy byli zachwyceni - coś pomidorowa nie była sztandarową potrawą szefa tamtejszej kuchni. Natomiast ja nie lubię narzekać na posiłki, ogórkowa i mielony zniknęły w oka mgnieniu z talerza.
Tego dnia jechało się super. W końcu byliśmy w pełnym składzie, kilometry mijały sprawnie. Kierowaliśmy się w stronę Świętej Góry Grabarki. Okazało się, że nasza wyprawa stała się medialna. W lokalnym radiu ostrzegano kierowców przed grupą rowerzystów, która przemyka przez tamtejsze okolice. Ponoć nie byliśmy widoczni mknąc po raz ocienionym, raz zalanym słońcem lesie. Komunikat okazał się skuteczny - żaden z kierowców nie wjechał w nasz peleton.
I oczom ich ukazał się las... las krzyży... W końcu udało mi się zobaczyć ten plener, którego szukał bohater komedii "Nic śmiesznego". Święta Góra w okolicach Grabarki pełni wśród prawosławnych podobną rolę, co wśród katolików Jasna Góra. Jest to miejsce uświęcone cudem ochrony przed zarazą - cel licznych pielgrzymek. Na wzgórzu, na które wchodzi się dość stromymi, ale niezbyt długimi schodami, znajduje się odrestaurowana cerkiew, wokół której pielgrzymi poustawiali przyniesione jako wota krzyże. Krzyży jest tysiące. Stoją w porastającym dookoła cerkwi lesie i robią naprawdę duże wrażenie. Na szczycie wzgórza jest też monaster (czyli klasztor) żeński.
Ze Świętej Góry pomknęliśmy raźno w ostatni fragment odcinka trasy - w stronę przeprawy promowej przez Bug. Udało nam się wydzwonić obsługę promu i mimo, że było już po godzinach, za przysłowiowe "piwo" panowie przewieźli naszą ekipę przez rzekę. Za rzeką czekało nas jeszcze kilka kilometrów jazdy - nocleg mieliśmy w miejscowości Stare Buczyce.
Miejsce to polecę z czystym sumieniem każdemu. Przygotowane przytulne pokoiki i zorganizowana w starej stodole "klubo-dyskoteko-kino-kuchnia". Do tego przemiły gospodarz, który sam zaproponował, że podwiezie nas do Janowa Podlaskiego po wieczorne zakupy. Miejsce to polecamy nie tylko rowerzystom!
Korzystając z możliwości spędzenia wspólnie czasu, siedzieliśmy do późnej nocy przy muzyce, dzieląc się wrażeniami z poprzednich dni i snując plany na kolejne. Mnie udało się jeszcze zmienić oponę, więc zasypiałem ze świadomością, że następnego dnia nie będę miał już żadnego powodu do stresów. Faktycznie - rower przejechał całą wyprawę bez awarii.